Artykuł
Szczepionki nie powodują AUTYZMU !!!
Źródło: Gazeta Wyborcza 02.03.2009r.
Nie bój się, zaszczep twoje dziecko
Nie ma nawet cienia dowodu na to, że szczepionka MMR przeciw różyczce, odrze i śwince wywołuje autyzm u dzieci - uznał Amerykański Sąd Odszkodowawczy. Czy to koniec paniki, która zaczęła się od zwykłego oszustwa?
Margit Kossobudzka: Zaszczepił pan swoje dzieci szczepionką MMR?
Dr. Paweł Grzesiowski, kierownik Zakładu Profilaktyki Zakażeń i Zakażeń Szpitalnych w Narodowym Instytucie Leków w Warszawie: - Obu synów, młodszego nawet osobiście. Bez wahania.
Nie miał pan wątpliwości? Nawet, kiedy jedenaście lat temu ukazały się wyniki badań łączące autyzm u dzieci z tą właśnie szczepionką?
- To była publikacja dr. Andrew Wakefielda, zamieścił ją "Lancet", jedno z najlepszych pism medycznych. Wywołała wstrząs, najtrudniejsze były rozmowy z rodzicami zaszczepionych dzieci. Ale nawet najlepsze czasopisma mogą być ofiarą oszustów.
Dr Wakefield jest oszustem?
- Od lat powinien siedzieć w więzieniu. To nie były poważne badania. On po prostu opisał 12 dzieci chorych na autyzm, które wcześniej były zaszczepione przeciw różyczce, odrze i śwince (szczepionka MMR). I stworzył teorię, że ta szczepionka uruchamia powstanie tajemniczego białka w jelitach, które uszkadza mózg, powodując autyzm. To było wyssane z palca, nigdy nie odkryto takiego białka!
A próbowano?
- Jego rewelacje były takim szokiem, że badania ruszyły w dziesiątkach laboratoriów. Przeprowadzano próby kliniczne, szukano. I nic. Zresztą kilka lat później Wakefield przyznał się do manipulacji, a "Lancet" wycofał jego artykuł i przepraszał za publikację. Dodatkowo wyszło, że jego "badania" były sponsorowane przez prawników reprezentujących rodziców dzieci chorych na autyzm. Po prostu szukał haka na firmy produkujące szczepionkę, żeby można było wyciągnąć od nich pieniądze. Teraz skarżą go rodzice dzieci, które wskutek wywołanej przez niego paniki nie zaszczepiły się i zachorowały na odrę z powikłaniami.
Z prawnego punktu widzenia sprawę zamknął w zeszłym tygodniu amerykański sąd odszkodowawczy. Uznał, że nie ma dowodów, iż szczepionka powoduje autyzm, więc nie ma też podstaw do odszkodowania od producentów szczepionki MMR.
- Ale burza medialna wokół tej sprawy narobiła nieodwracalnych szkód. Jej efektem był wybuch epidemii odry w Anglii, Irlandii i Hiszpanii oraz pierwsze od lat przypadki śmiertelne tej choroby w Europie Zachodniej. Nikt wtedy nie traktował poważnie opinii ekspertów ani danych epidemiologicznych, które całkowicie obalały związek między szczepionką a autyzmem.
Nie znaleźli tego złośliwego białka. Może źle szukali?
- Dobrze, załóżmy przez chwilę, że ta szczepionka wywołuje autyzm. Jest na rynku od prawie 30 lat, otrzymały ją setki milionów dzieci na całym świecie, w Polsce zaszczepianych jest średnio 1000 maluchów dziennie. Czy miliony dzieci zaczęły chorować na autyzm? Nic takiego się nie dzieje.
Ale liczba dzieci autystycznych wzrosła.
- Także w krajach, gdzie nie szczepiono MMR. Przykładem jest Japonia, gdzie w latach 90. nie było tych szczepień, a nie miało to żadnego przełożenia na liczbę chorych na autyzm dzieci. Ich liczba rosła, tak jak w Europie i w USA. Poza tym w niektórych krajach, np. w Niemczech, szczepionkę podaje się inaczej niż w Polsce, bo dwukrotnie w odstępie sześciu tygodni dzieciom w drugim roku życia (u nas w odstępie ok. ośmiu lat). Gdyby szczepionka wywoływała autyzm, byłyby znaczące różnice w zachorowaniach między naszymi krajami. Niczego takiego nie widać.
Odrzuca pan też podejrzenia wobec "zachłannych" firm farmaceutycznych?
- Że oszukują i sprzedają wadliwy lek? To żaden interes. Wie pani, dlaczego tak mało jest na świecie firm, które robią szczepionki? Bo to bardzo niewdzięczna branża. Jest pod takim publicznym ostrzałem, że nie może sobie pozwolić na żadne błędy. Tutaj panują najbardziej rygorystyczne procedury wprowadzenia leku na rynek, czasami zajmuje to 10 lat, a badania kliniczne obejmują dziesiątki tysięcy ludzi! Nawet jeśli odrzucimy wszelkie względy etyczne i sprowadzimy wszystko do zysku, to wadliwa szczepionka się nie opłaca. Gdyby istniało jakiekolwiek uzasadnione podejrzenie, prawnicy puściliby firmę z torbami. A jak widać, nawet amerykańscy adwokaci mający wprawę w takich procesach i pozwach nic nie wskórali, czego dowodem jest decyzja sądu odszkodowawczego.
Skąd jednak bierze się ta histeria antyszczepionkowa? MMR to niejedyny przykład.
- To prawda, kilka lat temu Francuzi przestali szczepić się przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B (tzw. żółtaczce wszczepiennej), bo wmówiono im, że wywołuje stwardnienie rozsiane. Przerażeni ludzie wywarli na rząd taki nacisk, że ten wycofał się ze szczepień. W latach 70. zeszłego wieku przerwano szczepienia przeciw krztuścowi w Niemczech, bo dano wiarę, że powoduje uszkodzenie mózgu. Początek jest zawsze taki sam - jakiś badacz publikuje niesprawdzone rewelacje, rzucają się na to media, a politycy się poddają presji. Z naukowego punktu widzenia badanie jest szybko weryfikowane, ale plotka idzie w świat i zaczyna żyć własnym życiem - w myśl zasady, że przecież musi tkwić w niej ziarno prawdy.
Bo zwykle tkwi.
- Nie zawsze. Przeżyliśmy już histerię, że szczepionki wywołują AIDS, przenoszą priony oraz wywołują bezpłodność. Żadne z tych oskarżeń nie potwierdziło się. Natomiast z powodu zaniechania szczepień w Europie Zachodniej obecnie trwa epidemia odry. Niedawno w Szwajcarii zmarło dziecko, a ośmioro jest hospitalizowanych i nie rokują dobrze, bo na odrę nie ma lekarstwa. Wirus, który ją wywołuje, ma powinowactwo do komórek układu nerwowego, wywołując ostre lub przewlekłe stany zapalne mózgu. I co mamy powiedzieć rodzicom? Wasze dziecko umarło, choć jest na tę chorobę szczepionka? W zeszłym roku epidemia była w Niemczech i Austrii, zmarło kilkanaście osób, mało kto wie, że z tego powodu groziło nawet odwołanie rozgrywek piłkarskich Euro 2008.
Skąd się biorą silne ruchy antyszczepionkowe?
- Myślę, że to skutek odwiecznej ludzkiej tęsknoty za wolnością. Ponieważ szczepienia są nam narzucane, szukamy pretekstu, aby się im sprzeciwić. Ruchy antyszczepionkowe karmią się, niestety, naszą niewiedzą. Nie znamy przyczyn mnóstwa chorób. To kuszące, by oskarżyć o nie szczepionki. Wprawdzie badania pokazują brak jakiegokolwiek związku, ale ludzie szukają winnego. A jeśli jeszcze uda się znaleźć choć cień dowodu, to sprawa nabiera rozpędu. Tak było np. z tiomersalem - związkiem rtęci używanym do konserwowania szczepionek. Również podejrzewano go o wywoływanie autyzmu, choć stosowano go w absolutnie minimalnych dawkach, poniżej dopuszczalnej normy rtęci dla człowieka. Ale sam fakt, że to rtęć, która może szkodzić, spowodował wycofanie jej z prawie wszystkich szczepionek.
Przeciwnicy szczepionek twierdzą, że nadmiernie obciążają układ odpornościowy dzieci, więc one łatwiej chorują. Mają też wywoływać alergie...
- Po kolei. Po pierwsze, układ odpornościowy jest zaprogramowany na codzienny kontakt z milionami mikrobów. Po drugie, starsze generacje szczepionek, na których wychowały się zdrowe pokolenia, np. słynna di-te-per (krztusiec, tężec, błonica), mają ponad trzy tysiące (!) elementów, które pobudzają układ odpornościowy. Nowoczesne szczepionki skojarzone mają ich już tylko pięć czy siedem. To o jakiej dodatkowej immunizacji my mówimy?
Wreszcie, najczęściej chorują dzieci, które nie były zdrowe w momencie szczepienia. Tego można uniknąć. Sam wielokrotnie odsyłałem malucha do domu, bo był niewyraźny, miał początki infekcji. Niech wróci za trzy dni - decydowałem - zobaczymy, czy choroba się rozwinęła. Wprawdzie katar lub stan podgorączkowy nie są przeciwwskazaniem do szczepienia (dopiero temperatura powyżej 38,5 st.), ale lepiej dmuchać na zimne. Nie trzeba się spieszyć, nie jesteśmy w Afryce, gdzie lekarze przylatują do buszu tylko dwa razy do roku. Tak samo nie należy podawać szczepionek, jeśli dziecko ma zaostrzenie przewlekłej choroby, np. silny atak alergii, katar sienny na pyłki. Lepiej przeczekać.
Zmorą rodziców są odczyny poszczepienne.
- Trzeba pamiętać, że szczepionka działa podobnie jak przejście choroby. Kiedy podamy ją dzieciom, to 90 proc. z nich będzie po niej zdrowe, ale blisko 10 proc. będzie miało małe odczyny poszczepienne (rumień, stan podgorączkowy), a ułamek promila poważniejsze problemy - np. małopłytkowość.
Gdybyśmy się jednak nie szczepili, to zapadalibyśmy na paskudne choroby, o których dziś mało kto już pamięta. Oczywiście można przyjąć zasadę, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ale za jaką cenę?
A dlaczego w Polsce tylu lekarzy jest przeciwnych szczepionkom?
- To nie jest wyłącznie polska "choroba", ale mamy swoją specyfikę, bo sądzę, że to m.in. efekt uboczny reformy zdrowia. Kiedyś szczepieniami dzieci zajmowali się wyłącznie pediatrzy, teraz mogą to robić interniści i lekarze rodzinni, którzy - z całym dla nich szacunkiem - nie mają w tym dużego doświadczenia. Jeśli rzadko szczepią, bywają podatni na wątpliwości. Kiedy np. nagle pojawi się u malucha odczyn poszczepienny albo naciskają zaniepokojeni rodzice, to taki lekarz zaczyna się zastanawiać, czy szczepionki rzeczywiście mają sens.
Śmiem twierdzić, że żaden ze starszych pediatrów - którzy zaszczepili własnymi rękami tysiące dzieci i wiedzą, jakie są tego efekty - nigdy by nie przeszedł na "drugą stronę". Oni dobrze pamiętają te ciężkie choroby, jak odra, krztusiec, sepsa, i mają doświadczenie, którego niektórym lekarzom innych specjalności, nie z ich winy zresztą, często brakuje.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Powrót do listy kategorii