![]() ![]() ![]() |
| akson.org > Artykuł | Wyszukiwarka: |
Login: Hasło: | Artykuł „Dom Scherlocka Holmesa…” - Od narracji po elementy dramatu. Kształcenie i kształtowanie zdolności językowych – zdolności poznawczych i emocji dziecka z autyzmem poprzez fabułę. Źródło: Danuta Kłopocka - KTA o/Gdańsk * * * Konieczność opowiadania, i forma narracyjna tegoż (opowiadania jako tekstu i opowiadania jako czynności) w wypadku opisu jakichkolwiek wydarzeń (fikcyjnych lub nie), jakichkolwiek elementów rzeczywistości istniejącej realnie poza nami (podobno realnie..) jest w naszej kulturze – faktem. Narracja czy narracyjność jako jedna z form komunikacji wydają się być wręcz nieuniknione. Nie dziwi więc, że coraz częściej jest ona przedmiotem refleksji nie tylko teoretycznoliterackiej ale i staje się przedmiotem badań psychologów. Nie wiem, czy narracje można uważać za sposób rozumienia i doświadczania świata (por. J.Trzebiński, Narracja jako sposób rozumienia świata), ale z całą pewnością za jej pośrednictwem owo doświadczanie i rozumienie – można opisać. A więc poznać i nadać znaczenie. Te z kolei utrwalić w postaci tekstu i raz jeszcze poddać refleksji… Dyskurs, jako ta z płaszczyzn narracji, która istnieje niepodzielnie z podmiotem narracji, opowiadającym, komentującym, zaznaczającym swój (świadomy) subiektywizm percepcji jest – dla nas czymś oczywistym. Jednak w wypadku dziecka (osoby) z autyzmem dyskurs sprawia ogromne trudności, można jednak uczyć go (wypowiedzi na poziomie dyskursu) i kształtować opierając się w narracji na płaszczyźnie historii. Lub inaczej – fabuły. (oczywiście w sensie teoret.lit. te dwa pojęcia nie są tożsame, i rozróżnienie ich będzie zaznaczane.) Za pomocą opowiadanych historii fabularnych można uczyć poznawania świata, za pomocą tworzenia tychże, uczyć odczuwania siebie jako podmiotu, czynnego, twórczego, świadomego.. W wypadku pracy z dzieckiem autystycznym wspomaganie jego rozwoju jest bardzo ważne. Ten typ pracy stymulując rozwój na poziomie zarówno językowym jak i emocjonalnym może mieć ogromne znaczenie wspomagając inne działania terapeutyczne. Co bardzo ważne, przy odpowiednim (indywidualnym, dostosowanym do dziecka) toku „pracy”, może nabrać wymiaru nie „pracy” a wspólnie spędzanego czasu dając wiele radości i satysfakcji wszystkim. Może pomóc zorganizować czas, wypełnić w nim luki, będąc dostępnym w każdej prawie sytuacji. I obniżyć poziom stresu w sytuacjach trudnych, o ile dziecko ten tryb „zajęć” polubi. Referat chciałabym przedstawić w formie opowiadania (narracyjnego…) o ponad już dziesięcioletniej pracy z Krzysiem poprzez opowiadanie, czytanie i pisanie wspólne różnego typu tekstów. Od pierwszych lat dziecka, gdy wydaje się, że z opowieści chłonął tylko ich warstwę brzmieniową, przez lata gdy musiał poradzić sobie z odróżnianiem świata przedstawianego w fabułach, tak często różnego od tego, który widział wokół. O tym, jak to robił i jak wpływało to na rozwój jego wyobraźni. Jak zaczął pisać swoje własne opowieści, i radzić sobie ze składaniem rzeczywistości w mniej lub bardziej spójną całość. I wreszcie o konkretnych już rodzajach tekstów, które chciał przyswajać i tym, co o tym decydowało. Gdyż w tego typu pracy dziecko może (i powinno) decydować o czym chce słuchać. My powinniśmy być wstanie pomóc na tyle, by percepcja jego doszła do tej granicy, za którą staje się przyjemnością. Czasem wymaga to wprowadzania zmian w konkretnych tekstach, gdy np. pojawiają się dwuznaczności bardzo trudne (a często wręcz niemożliwe) w zrozumieniu… Czasem samodzielnego tworzenia krótkich form fabularyzowanych (por. praca z dziećmi za pomocą „Social Stories”). Czasem należy pomóc przybliżyć bohaterów opowieści na tyle, by proces utożsamienia (świadomy lub nie) był możliwy, a czasem oddalić, gdy dziecko chce (lub musi) pozostać na zewnątrz świata opowiadanego… (w załączeniu przykłady opowieści Krzysia z różnych okresów jego życia) * * * Młody niebieskooki policjant aż zamrugał ze zdziwienia. Uśmiechnął się i zasalutował z szacunkiem, dotykając wąskiego ronda wysokiego hełmu. - Dzień dobry, panie Holmes – powiedział głośno i wesoło. – Wspaniale, że pan wrócił do Londynu, jeśli wolno zauważyć. Luis Barnavelt zaczerwienił się po same uszy. Był pyzaty, jasnowłosy i miał trzynaście lat. Stał u boku wujka Jonatana na zatłoczonej londyńskiej ulicy. Nagle poczuł się bardzo głupio w niebieskim płaszczu przeciwdeszczowym, brązowych sztruksowych spodniach i wysokiej czapce w kratkę. - Ja.. nie jestem prawdziwym Sherlockiem Holmesem – wymamrotał. Ledwie to powiedział, poczuł się jeszcze głupiej. Policjant udał, że bardzo się dziwi. - Nie? A, to przepraszam. Sądziłem, ze jest pan słynnym detektywem, podróżującym incognito. Pan Holmes był prawdziwym mistrzem przebierania się. - Wiem – powiedział Luis. – Szukamy Baker Street, gdzie mieszkał z doktorem Watsonem. (…) Przyjechaliśmy z Ameryki. (…) Wujek tymczasem bohatersko walczył z mapą miasta, która za nic nie chciała się złożyć. -Taaa, dzień dobry – mruknął zrzędliwie. (…) – Zgubiliśmy się – wyznał młodemu policjantowi. – I straciłem rozeznanie. Mógłby nam pan pomóc znaleźć Baker Street? - Oczywiście. Bardzo dużo Amerykanów chce zobaczyć mieszkanie pana Holmesa, a ja zawsze wskazuję im drogę. (…) - Bardzo pan uprzejmy – zagrzmiał wujek (znacznie weselszy odkąd upchnął mapę w kieszeni) – Oczywiście Luis i ja wiemy, że Scherlock Holmes i doktor Watson są postaciami fikcyjnymi, ale uważamy, że fajnie będzie obejrzeć ich dom. Oczy policjanta zalśniły. - Oczywiście. Ale skoro o tym mowa, (te) postacie fikcyjne są prawdziwsze niż my obaj, jeśli mnie pan rozumie. Weźmy na przykład mnie: czy za sto lat ktoś przyjdzie obejrzeć mój dom? Nie. Ale ciągle znajdują się ludzie, którzy chcą odnaleźć dom przy Baker Street 221B. skoro to jest fikcja, to sam nie wiem, co nią nie jest… Sherlock Holmes jest ulubionym bohaterem Luisa. Luis bardzo lubi czytać, a przygody Sherlocka Holmesa są jego ulubioną lekturą. Luis jest ulubionym bohaterem Krzysia. Bo, Krzyś też bardzo lubi czytać, a przygody Luisa Barnavelta są teraz ulubioną jego lekturą. Akurat czytamy tom, w którym Luis, w czasie swojej wielkiej wakacyjnej podróży z wujkiem, zwiedza dom Sherlocka Holmesa. Ta scena bardzo podoba się Krzysiowi, czytamy ją kilka razy. Również i dlatego, że rozgrywa się w Londynie, gdzie nie tylko mieszkał Sherlock Holmes, ale gdzie mieszka teraz jego ulubiona ciocia Bogusia. Krzyś bardzo lubi, gdy w czytanych powieściach pojawiają się znajome i jakby bardziej rzeczywiste miejsca, czy postacie. Ma już 11 lat i, można powiedzieć, jest wytrawnym czytelnikiem, a raczej słuchaczem, bo nie potrafi czytać samodzielnie, za to słuchać lubi bardzo i wydaje się że nie ma limitu czasu, który mógłby w ten sposób spędzać. Rozumie już różnicę między światem przedstawianym w tekście, a tym, który widzi i odczuwa wokół siebie. Nie dziwi go pojawianie się najrozmaitszych stworów i postaci w czytanych opowieściach, których nigdy nie uda się spotkać się w świecie rzeczywistym, ani doświadczanie przygód przez bohaterów, które wydarzyć raczej jemu by się nie mogły. Co więcej, sam lubi bardzo pisać (dyktować..) te właśnie przygody, które tylko w taki sposób, wymyślony, wydarzyć się mogą. Krzyś już wie, świat przedstawiony, świat tekstu istnieje - nie istniejąc. Może przystawać do świata realnego, jednak odzwierciedlać go w sposób pełny nie może i… nie musi. Jednak nieistniejący Luis spaceruje teraz po istniejącym Londynie i szuka domu Sherlocka Holmesa. – Też bym tak chciał – wzdycha Krzyś. To świetny pomysł – mówię – ciocia zaprasza nas do siebie od tak dawna, jak w końcu pojedziemy do niej (może w te wakacje..?) też pójdziemy do domu Sherlocka Holmesa. – O nie, - mówi Krzyś – ja chcę zobaczyć dom Luisa Barnavelta… - Ale, - mówię – chyba nie ma domu Luisa, przecież wiesz.. – Tak, wiem, oczywiście, jak rodzice Luisa zginęli, sprzedali go czy coś, chodzi mi o dom, w którym Luis mieszka z wujkiem Jonatanem. No tak. Tyle, że nie ma żadnego domu Luisa, tak samo jak nie ma na mapie miasteczka, w którym mieszka wujek Jonatan. To, co do tej pory było proste i oczywiste (w swojej nieoczywistości rzecz jasna..) za sprawą domu Holmesa stało się nagle nie do rozwikłania. Bo, dom Holmesa (którego właśnie szuka Luis razem z wujkiem – i posterunkowym Dwigginsem, dodałby Krzyś gdyby był tu razem z nami) istnieje, mimo, iż Holmes nigdy nie istniał. Krzyś jednak próbuje stawić temu czoło. – Zaraz, zaraz –mówi – Luis jest wymyślony, tak? Nie istnieje? Holmes też? A to, że Luis zwiedza dom Holmesa? – To też – mówię. A dom Holmesa? A ja..? I jeśli uda nam się odrzucić na chwilę to wszystko, o czym wiemy, o Holmesie, dziejach recepcji powieści Conana Doyle’a, i braku takichże w wypadku powieści o Luisie Barnavelcie, o urządzeniu domu-muzeum na Baker Street, o fikcji i nie fikcji itd., itd… Czyli to wszystko, co pozwala nam przyjmować rzeczywistość wokół nas taką, jaka jest (choćby czasami tylko) i potraktować ją jako zagadkę logiczną, co właśnie usiłuje robić teraz Krzyś, próbując zrozumieć to, czego pewnie zrozumieć się nie da - okaże się, że to, co proste - proste nie jest. To, co logiczne, jest takie, tylko w wypadku braku refleksji nad tymże. Bo Krzyś teraz błyskawicznie układa rodzaj równania, po jednej stronie ustawiając nieistniejącego Luisa, nieistniejącego Holmesa i istniejący dom Holmesa. Po drugiej jest nieistniejący Luis, nieistniejący dom Luisa i – istniejący Krzyś. I zaraz pada następne pytanie - Dlaczego nie mogę zobaczyć domu Luisa? Czy dom Holmesa istnieje bardziej niż ja…? Oczywiście, że nie. Bo, dom Holmesa nie istnieje tak jak i nie istnieje Holmes. Dom, do którego idzie Luis to….. i nie udało mi się wtedy nawet podjąć próby wyjaśnienia tej zagadki. Czas, w którym czytaliśmy książki o Luisie był czasem nitek, które stały na straży pilnując Krzysia przed tym z zewnętrzności, czego dopuścić do siebie nie chciał. Albo nie mógł. I nie pamiętam nawet czy udało mi się zacząć mówić cokolwiek. Pamiętam za to znieruchomiałą buzię Krzysia i nitki, które nagle zaczęły wyrastać ze wszystkich możliwych miejsc ubrania dziecka, stając się nie do zniesienia dla niego. A ja musiałam obcinać je, niekiedy nie będąc w stanie dojrzeć żadnej. Ale wiem, że tam były. I wiem, że gdybyśmy ich nie pokonali, świat nie potoczyłby się dalej. Tego wieczoru chyba już nie czytaliśmy więcej. Od samego swojego początku, Krzyś lubił słuchać. Pierwsze lata życia spędził niczym mały miś panda przytulony do mnie, towarzysząc mi przy wszystkich możliwych (i niemożliwych..) czynnościach - tylko wtedy nie krzyczał i nie płakał. Nie zawsze był jednak równie spokojny. Czas, w którym czytałam starszemu o trzy lata bratu Krzysia, należał do tych najspokojniejszych ‘kawałków’ czasu. Był to czas bajek. Krótkich, żartobliwych, takich jak Tuwima i Jachowicza, i dłuższych, już z wyraźną fabułą, przeważnie o charakterze baśni i podań ludowych, bo te, przyznaję, – sama lubię najbardziej. Nie wiem, ile znaczenia z tego czasu lektury docierało do Krzysia. Z całą pewnością jednak warstwę fonetyczną tekstu (tę jego płaszczyznę) chłonął całym sobą. Bardzo lubił słuchać opowieści z długimi i często występującymi partiami dialogowymi, może dlatego, iż te właśnie fragmenty tekstu w głośnym czytaniu charakteryzują się najczęściej zmieniającą się intonacją. Bardzo lubił słuchać opowieści o równej, miarowej, prawie że rytmizowanej frazie (właśnie baśni ludowych na czy na takie stylizowanych). I bardzo (może najbardziej..?) bajeczek Tuwima, z których ulubionymi stały się te, w których najwyraźniej dawał się odczuć rytm wypowiedzi. Tok sylabotoniczny (o najsilniejszym, najwyraźniejszym rytmie) wyczuwał od razu, niczym wytrawny znawca. I zaczynał się domagać już określonych, wybranych przez siebie bajek. I wtedy stał się to trudny okres bardzo, bo Bartek (brat Krzysia) nie czytał jeszcze samodzielnie, ale całkiem samodzielnie chciał wybierać lektury, ciągle to inne i nowe. A Krzyś chciał ciągle te same i te same… Lektury Krzysia zacieśniły się nagle do kilkunastu książeczek, z tej samej serii wydawniczej, z twardymi kartonowymi kartkami, z tym samym typem ilustracji. Obrazy ilustrujące dźwięki stały się bardzo ważne. W tym okresie bardzo szybko opanowywał na pamięć długie partie tekstu. Nie wiadomo kiedy i jak. Porozumiewał się recytując często całe fragmenty ulubionych bajek. Lubił wyrazy, w których dominowały głoski miękkie, szczelinowe. Te, które brzmieniem swoim imitowały dźwięki, które nazywały. Krzyś zaśmiewał się, gdy słyszał paproć, szarobury kiciuś czy aksamitny nosek. Uwielbiał Szczebrzeszyn i brzmiącego w nim chrząszcza. A także krótkie, i najczęściej bezsensowne wierszyki, które zaczęliśmy układać. I łaciński skład syropów ziołowych… Rymowanki pozwoliły nam uwolnić się od okoliczności, których wymaga „czytanie”. Można było je układać i powtarzać w dowolnych (prawie że) warunkach. Pozwalały łatwiej zmieniać stałą trasę spaceru, wytrzymać w miejscach, gdzie panował gwar, było więcej ludzi. Bajki, opowiadane przeze mnie, tego rodzaju warunków nie wytrzymywały. Krzyś lubił je, ale prosił o ponowne opowiedzenie, a ja, nie dysponując taką pamięcią jak on, nie potrafiłam powtórzyć, co do słowa, tak samo. Potem nastał czas krecika Aksamitnego Noska. I szarego królika, z którym się zaprzyjaźnił. I krecik, i Krzyś… Oczywiście na polanie, gdzie mieszkali krecik z królikiem, pełno było szmerów, szelestów, szeptów i szumu paproci w deszczu. Krzyś z ogromnym napięciem słuchał tego, co zdarzało się Aksamitnemu Noskowi. Nie miałam w tym czasie wątpliwości co do tego, że Krzyś, chociaż mówił w tak dziwny i niepełny sposób – rozumie wszystko, co czytam i opowiadam. Słuchał przecież tak uważnie… Nie znałam wtedy pojęcia „echolalia”, a diagnoza autyzmu jeszcze nie zapadła. Także to, co świadczyć mogło o dysfunkcji rozwojowej brałam za przejaw nadzwyczajnych zdolności. Ale, jak mawiał Scherlock Holmes, „nie ma nic bardziej złudnego od oczywistych faktów…” Toteż teraz, gdy porównuję sposób, w jaki przebiega percepcja tekstu opowieści przez Krzysia, z tamtym okresem – wcale nie jestem tego pewna… Dziś wchodzi świadomie w rzeczywistość, którą tworzy poprzez lekturę. Pyta o wyrazy, których znaczenia w nowym kontekście czasem nie jest pewny, i o te , które słyszy po raz pierwszy. Przerywa natychmiast, gdy narrator zapomni poinformować o jakimś szczególe, lub, co gorzej, pozostawi nagle którąś z postaci poza swoją uwagą zajmując się kimś innym. Miejsca puste tekstu muszą zostać wypełnione, wszystko dopowiedziane. I, im bardziej opowieść go interesuje, tym bardziej wchodzi w jej świat. I tym więcej potrzebuje szczegółów, by świat ten zaistniał. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy z tego (mimo, że uważałam się, przyznaję, za uważnego czytelnika..) jak bardzo nieuważni bywają autorzy, jak wiele szczegółów umyka ich uwadze w czasie opisu, o jak wielu szczegółach zapominają pogrążeni w prowadzeniu akcji i postaci poprzez nią. Pozwalają nieraz, by zdjęte rękawiczki pojawiły się niepostrzeżenie z powrotem na dłoniach, list gubił dwukrotnie, szary płaszcz stawał popielaty, itd., itd… Krzyś wychwytuje to natychmiast, i na początku drażniło go to bardzo, teraz coraz częściej wzdycha z pobłażaniem – ach, ci pisarze… i nie powtarza już tak długich partii tekstu jak dawniej, a jedynie ulubione powiedzenia ulubionych postaci (książkowych czy filmowych) z identyczną intonacją i gestykulacją. Co więcej, nie chce uczyć się niczego na pamięć, chętnie za to tworzy własne krótkie rymowanki, lubi bardzo rymować, ale coraz częściej zdarza mu się którąś z nich zapomnieć, gdy nie są zapisane… Czas rymowanek i Aksamitnego Noska był okresem, który, jeśli chodzi o rodzaj lektury, płynął dwoma niezależnymi od siebie nurtami. Bartek, starszy brat Krzysia chodzi już do szkoły, ze wspólnego czytania jednak nie rezygnuje wcale. A ze wspólnego czytania bartkowych lektur, Krzyś także nie rezygnuje. Z czasem mam wrażenie, że zaczynają go one pociągać coraz bardziej. Pierwszą opowieścią, której zaczął domagać się na równi z Bartkiem byli Bracia Lwie Serce Astrid Lindgren. To jedna z moich ukochanych lektur i, pamiętam, wyciągnęłam ją w tym czasie jako odtrutkę na lekturowe Dzieci z Bullerbyn tejże. Bracia Lwie Serce to bardzo piękna i pięknie opowiedziana historia. Myślę, że Krzyś odnalazł w niej wiele ważnych dla niego elementów ułatwiających (czy umożliwiających) mu odbiór tekstu. Takich, które jednocześnie pozwalały utrzymać uwagę i zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Już sama warstwa fonetyczna tekstu pełna nazw o dziwnym i obcym brzmieniu a także tych, z którymi tłumaczka poradziła sobie doskonale w przekładzie, pełni tu ważną rolę. Jonatan, dzielny, mądry i dobry starszy brat mówi do młodszego ‘Sucharku’, co bardzo podoba się Krzysiowi. Chłopcy przybyli do Nangijali, mieszkają w zagrodzie Tulipanów, jest dolina Wiśni i dolina Dzikich Róż, Prastare Góry i Rzeka Prastarych Rzek, pojawia się Koń Grim i Fialar, gołębie Blanca, Violanta i Paloma, Orwar, Katla i Grota Katli, Weder i Kader… Język Lindgren zawsze jasny i prosty, doskonale dopasowany do możliwości percepcyjnych młodego czytelnika, w tłumaczeniu Teresy Chłapowskiej wypada wyjątkowo dobrze. Opowieść prowadzona jest w pierwszej osobie z perspektywy młodszego z braci z ogromną, chyba niespotykaną wcześniej u tej autorki – powagą. Jest to jedna z ostatnich jej prac. I bardzo rzadko pojawia się tu tak charakterystyczny dla niej humor i żart. Tak prowadzona narracja bardzo ułatwia odbiór Krzysiowi. W tym okresie podczas czytania jeszcze nie pyta o nic. Do tej lektury zresztą będziemy wracać wielokrotnie, zawsze jednak czytana będzie tak samo – moja rola poza rolę lektora wychodzić nie będzie. Komentarz niejako nad-narracyjny nie jest tu zupełnie potrzebny. Pełnych humoru (często dwuznacznego) przygód Pippi (Fizi Pończoszarki), w taki sposób czytać się nie da… Rodzaj humoru, który opiera się na pojawianiu różnych możliwych znaczeń, przesunięciach kontekstu, grze z tradycją, kulturą, normami i formami etycznymi czy społecznymi jest w zrozumieniu dla Krzysia, chociaż nie zdaję sobie wtedy jeszcze z tego sprawy – bardzo trudny. Często wręcz niemożliwy. Krzyś w takim wypadku nie wchodzi w rolę czytelnika modelowego. Takiego, którego autor może prowadzić po wyznaczonych przez siebie ścieżkach znaczeń. Umberto Eco w tomie Sześć przechadzek po lesie fikcji proces lektury porównuje do spaceru po lesie. I jest to doskonała metafora. Oczywiście, nie wszyscy lubimy spacery po lesie, nie wszyscy lubimy te same lasy, nie wszyscy trzymamy się wyznaczonych ścieżek. Jednak ten, kto las dla nas stwarza, projektuje również rodzaj naszego spaceru (pokazując to, co chce byśmy zobaczyli czy pomijając to, czego mamy w danym momencie nie widzieć…) i nie da się ukryć ma nad nami dość dużą władzę. Krzyś wydaje się tej władzy bardzo często nie poddawać. Na początku poprzez odbiór przekazu nie we wszystkich jego płaszczyznach. Później poprzez swoiste, właściwe dla siebie (w bez porównania większym stopniu niż w wypadku każdego z nas) odbieranie pewnych, a pomijanie innych znaczeń. To oczywiście zmieniać może bardzo sens (czy cechy) danej opowieści. Sprawić, że to, co stanowi o atrakcyjności lektury jest trudne do wychwycenia lub nawet znika całkiem. Nie dotyczy to, rzecz jasna, wszystkich tekstów w takim samym stopniu. Zdarzają się tak przyjazne w odbiorze jak Bracia Lwie Serce i tak trudne jak… Przygody Sherlocka Holmesa. Krzyś lubi las i spacery po lesie. Czasem nie zgadza się jednak na te w nim elementy, które nie zarysowane wystarczająco wyraźnie, pełnią rolę dekoracji czy wręcz atrap. Gdy zobaczy drzewo poza ścieżką, chce do niego podejść. Chce wiedzieć, jakie jest, co znajduje się za nim, nie zgadza się na puste miejsce zamiast kolejnej, przeczuwanej przez siebie drogi. Droga i pełny opis (w jego przypadku botaniczny wręcz…) drzewa zaistnieje, gdy sam go sobie stworzy. Jednak w procesie lektury (percepcji tekstu literackiego) istnieje i tak bardzo dużo miejsc pustych, które wypełniamy na polecenie autora samodzielnie stwarzając ów las, w którym jesteśmy. Dlatego też nie ma dwu takich samych ścieżek. Dlatego też mamy często ochotę czytać ponownie ten sam tekst. (Zastanawiałam się nieraz, jak wygląda taka ponowna wędrówka w wypadku Krzysia, z jego dążeniem do odnajdywania i powtarzania tego samego. Czy możliwe jest, by po jakimś okresie czasu, tworzył swój las w identyczny sposób? Jeśli nie, to czy jest tego świadomy..? Te same słowa narracji czy wypowiedzi postaci dają z pewnością poczucie – złudne- tego samego. A to, co poza nimi..?) Niestety, gdy zaczniemy oglądać wszystko, co pojawia się wokół, nie poddając się sugestiom przewodnika podążania w określonym kierunku, wędrówka zacznie rozciągać się w nieskończoność, i stawać bardzo (zbyt) nużąca. I zdaje się, dotyczy to nie tylko spacerów po lesie fikcji… Ogromną pomocą w ‘prowadzeniu Krzysia’ okazała się zmiana, jakiej doświadczył z czytelnika stając się - autorem. Postacie opowieści, które poznawał, w którymś momencie, przestały rozstawać się z nim po przeczytaniu ostatniej strony tekstu. – Ciekawe, co robi teraz Boromir..? – pyta nagle. To jak pytanie o dom Holmesa. A nastąpiło zanim zdołał rozwiązać tę zagadkę i zgodził na jego, domu, rzeczywiste istnienie. – Pamiętasz, on niestety zginął po tamtej walce w lesie..- odpowiadam ostrożnie. – No, tak. Ale gdyby wymyślić to inaczej..? Żeby po tym zginięciu żył nadal? Tak, wiem w tamtej opowieści zginał i koniec. Ale ja wymyślę dla niego inną…- I usiedliśmy przed komputerem. Krzyś zaczął dyktować. A ja trochę się niecierpliwić. – Zaraz, poczekaj, do jakiego zamku? Tam nie było żadnego zamku! – Był – odpowiada Krzyś. – No, a w każdym razie już jest. Nawet jak go nie było, skoro Boromir do niego doszedł, to już jest, pisz, dobrze..? – Ron? Skąd tu się wziął Ron? – Pojawił się - odpowiada Krzyś – Jak to się pojawił? W jaki sposób? – Swój własny, pisz…- Krzysiu, przecież Bilbo nie ma już plecaka, zostawił wtedy go w lesie! – Ale to, co teraz mówię nie jest już o wtedy, tylko o teraz, piszesz, czy nie? - … Z czasem, ja nauczyłam się nie pytać tyle, (chociaż naprawdę, bardzo trudno jest nie starać się, przy każdej, nadającej się do tego okazji, próbować uczyć…), Krzyś nauczył się szybciej podążać wyznaczonymi w opowieściach (cudzych..) szlakami. Komunikacja, jako taka, jest (niestety) strategią opartą na domyślności. Zarówno ta, pomiędzy nami, jak i ta, pomiędzy czytelnikiem a autorem. Wymaga współpracy. Powyższy dialog mógłby być cytowany, przez badaczy pragmatyki tejże, jako typowy brak współpracy. Który z pewnością może stać się źródłem komizmu, ale zarazem komunikację utrudnia. A nawet w skrajnych wypadkach – uniemożliwia. Tyle, że w wypadku Krzysia nie jest, w jego intencji, brakiem chęci współpracy. Już sam fakt prowadzenia dialogu przez niego świadczy o jej chęci. Nie jest również intencją Krzysia pewien rodzaj humoru i komizmu, który pojawia się w jego wypowiedziach. Można by się oczywiście zastanawiać, czy jest on tym, czym jest, skoro brak po stronie autora (nadawcy) wypowiedzi takiej intencji. W tym rozumieniu tego rodzaju odczytanie nie będzie wynikiem naszej współpracy jako odbiorców komunikatu. Co więcej, świadczyć będzie o jej braku. Śmiejąc się, nie skupiamy się na odczytaniu sensu komunikatu, jaki chce mu nadać jego autor, a jedynie na powierzchniowej jego warstwie, którą w tym wypadku jest przesunięcie znaczeń spowodowane niewłaściwym odczytaniem kontekstu, (jak się okazuje zarówno przez nadawcę jak i jego odbiorców).Czy też nie dostosowaniem się do szybkości, która wymaga pomijania pewnych (odczuwanych jako standardowe i oczywiste) części wypowiedzi. – Cześć, jestem Maciek – mówi do Krzysia chłopiec w szkole , próbując nawiązać znajomość. – A ty? – A ja nie – odpowiada Krzyś. Według Kanta, śmiech rodzi się, gdy powstaje absurdalna sytuacja, całkowicie odmienna od naszych oczekiwań. Jednak, by śmiać się z tego „błędu”, trzeba, by nie dotyczył on nas, by nie dotykał nas bezpośrednio: i abyśmy w obliczu cudzego błędu odczuwali naszą wyższość (my, którzy nie popełniamy błędów, i my, którzy widzimy i wiemy to, czego nie widzi ten, kto budzi nasz śmiech). Hegel twierdził, że w komizmie niezbędne jest, by ten, kto się śmieje, był pewien swojej słuszności i mógł patrzeć z wyższością na cudze sprzeczności. Krzyś nie jest pewny siebie. I nie czuje się w sobie dobrze. W dwuznacznościach tekstu (w dwuznacznościach świata) nie dostrzega własnej dwuznaczności jako użytkownika języka, który nigdy (a w każdym razie często, zbyt często..) nie jest wstanie wyjaśnić czy ma charakter metatekstu, czy też nie. (a może właśnie przeciwnie? Może wyczuwa to jakoś i ten fakt budzi jego niepewność..?) Z całą pewnością jednak jest zaplątany w intrygi języka, którym mówi, a który jednocześnie nim mówi. Komizm, jaki odbieramy w jego wypowiedziach, jest tego jednym z przykładów. (i w działaniach - dziś akurat wszedł do łazienki, gdy się myłam; po chwili wszedł ponownie i zawiesił na klamce po ich wewnętrznej stronie zawieszkę z napisem nie przeszkadzać, geniusz pracuje – to po to, by nikt tu nie wszedł póki nie wyjdziesz –wyjaśnił; – ale Krzysiu, może lepiej, żebyś zawiesił to na zewnątrz łazienki..? – ależ skąd – mówi Krzyś – na zewnątrz tego nie zobaczysz, i nadal nie będziesz się czuła spokojnie wiedząc, że w każdej chwili ktoś znów może tu wejść…) Jednak to, co Kant definiuje jako komizm (humor), jest doskonale wyczuwalne i odczuwalne także przez Krzysia. Potrafi zauważyć absurdalność danej sytuacji, gdy ta diametralnie różni się od jego oczekiwań i spodziewań. A, że oczywistości są dla niego nieraz całkiem inne i różne od naszych..? Myślę, że w gruncie rzeczy nie ma to (dla poczucia komizmu) najmniejszego znaczenia… Krzyś posiada bardzo duży zasób słownictwa. I określenie ‘posiada’ nie jest tu użyte w znaczeniu przenośnym (którego zresztą już nie odczuwamy, w przeciwieństwie do Krzysia ..). On próbuje posiadać i używać słowa podobnie jak przedmioty, dysponować nimi i ich znaczeniem, które, - wie doskonale – może być różne – byle przez niego nadane. Gdy wypowiedziane słowa nabierają własnych, mniej lub bardziej odmiennych, sensów, poprzez zestawienia ze sobą nawzajem i sytuacjami, w których się pojawiają – gubi się zupełnie. Tej kontekstowości jednak powoli się uczy. Jak i metafor czy wyrażeń idiomatycznych. Oczywiście najtrudniej jest w wypadku, gdy styka się z metaforycznym użyciem znaczeń, jeszcze nie zleksykalizowanym. Wśród języka, którego używa, porusza się niczym cudzoziemiec, który „posiadł” już pełen zasób słownika oraz reguły nim rządzące, ale myśli nadal w swoim własnym, odmiennym od naszego (–języku). Zarówno w poszerzaniu słownictwa (jak i uczeniu rozpoznawania różnych kontekstów, i możliwości używania czy zestawiania znaczeń) ogromną pomocą może być praca za pomocą fabuły. Czytanie czy pisanie różnych historii tworzy nieporównywalnie więcej okazji do „używania” języka i poznawania go niż jest w stanie nam zaoferować rzeczywistość poza tekstowa. Zwłaszcza, że Krzyś będąc takim, jakim jest, ma bez porównania mniej okazji do prezentowania i weryfikowania własnych kompetencji komunikacyjnych niż np. jego brat, Bartek. Najlepiej, rzecz jasna, będzie, gdy „Krzyś” nie będzie miał poczucia „pracy” czy „lekcji” (przy okazji tego rodzaju pracy). Jednak osoba wspomagająca go w procesie percepcji tekstu musi mieć świadomość tych wszystkich miejsc, które mogą ów proces utrudniać. I z całą pewnością będą one zależne zarówno od możliwości dziecka w danym momencie jak i rodzaju lektury. Te są, wiadomo, bardzo różne. Adresowane do młodszego czy młodego czytelnika z reguły są łatwiejsze w odbiorze. Przychodzi jednak moment, w którym ich tematyka (czy sposób podania treści) przestaje interesować (wystarczać). Można oczywiście szukać tekstów o tak prowadzonym dyskursie, że będzie dostępny w zrozumieniu (w całości lub przeważającej części) również dla naszych dzieci. Lub pisać pod kątem ich potrzeb i możliwości - nowe. Osobiście jednak uważam, że należy korzystać (w miarę możności jak najwięcej) z tych opowieści, które jako powszechnie znane tworzą część kultury ogólnie dostępnej (i ogólnie przyjętej), których postaci jak Harry Potter, Frodo i cała Drużyna Pierścienia czy Sherlock Holmes są do pewnego stopnia własnością ogólną. I oprócz wszystkich zalet, jakie może posiadać praca z nimi, mają i tę, że poprzez poznawanie ich, tworzymy coraz to więcej ścieżek to tego, co ogólnie uznajemy za rzeczywistość i jej konteksty… Tymczasem Krzyś tworzy coraz to więcej własnych opowieści. Do pewnego stopnia przypominają mi one kolaże, tworzone z różnorakich znaczeń pozostających w nim z poszczególnych lektur. Struktura tematyczno-rematyczna na poziomie zdania jest zachowana, jednak na poziomie semantycznie głębszym, wydaje się, iż poszczególne zdarzenia (z których buduje ciągi fabularne) zestawione są w sposób luźny, oddziałując na siebie nawzajem jedynie w najbliższym sąsiedztwie. Dawniejsze teksty Krzysia odczytywane w kontekście powszechnie istniejących użyć językowych i znaczeń (jeśli tak można by to określić) mają charakter (niekonwencjonalnej) groteski o podobnym trochę do monthypythonowskiego poczucia humoru. Bardzo je lubię. Chętnie ogląda również bajki i filmy fabularne. Postacie jednak tam poznane nie stają się bohaterami Krzysia opowieści, tak jakby inny typ przekazu, jakim jest obraz, stanowił granicę, spoza której trudno jest przeniknąć. Z drugiej jednak strony, lubi bardzo adaptacje filmowe powieści, które już zna. A o prawdziwym istnieniu fikcyjnego Holmesa, czyli o tym, że opowieści o nim istnieją nie tylko w świecie (fikcyjnym) Luisa Barnavelta ale i w naszym, przekonała go dopiero jedna z adaptacji opowiadań Doyle’a, na którą trafił szukając ulubionego programu z kreskówkami. Film obejrzał wtedy do końca z ogromnym napięciem. Jednak w zdecydowany sposób odmówił oglądania kolejnych odcinków. Tak samo, jak zajścia na Baker Street, gdy w niespełna rok po przeczytaniu przygód Luisa odwiedził ciocię w Londynie. – Nie, nie chcę – powiedział przechodząc momentalnie do tego stanu napięcia, który zbliża się do granicy braku poczucia siebie w tym tu i teraz – będę oglądał tylko prawdziwe domy, które mają prawdziwych mieszkańców, wybieram Tower i kruki… Dalej czytamy i dalej piszemy. Charakter opowieści, które tworzy Krzyś powoli się zmienia. Zaczynają przeważać w nich dialogi występujących postaci. I pojawia się nowy bohater, który powoli zaczyna dominować nad pozostałymi, dyrygując nimi i dysponując. Jest nim Krzyś. W tych opowieściach wszyscy pozostali bohaterowie lubią Krzysia i słuchają go. Większość wypowiedzi zaczyna toczyć się wokół tego, co powie Krzyś. A to, co powie jest dla świata tych tekstów bardzo ważne. Krzyś tworzy świat dla swojego Krzysia z ogromnym napięciem i zaangażowaniem. Coraz bardziej lubi to zajęcie. Wreszcie, całkiem niedawno udaje mu się wyrazić i nazwać to, co czuje – Uwielbiam te przygody Krzysia – mówi z takim westchnieniem jak po wielkim wysiłku – To prawie jak skałkowanie... (braliśmy w tym roku udział w obozie skałkowym organizowanym przez Synapsis i to, co przeżył w czasie wspinaczki wywarło na nim ogromne i bardzo pozytywne wrażenie). Prawie rok po pierwszej wizycie w Londynie znów tam jesteśmy. Tym razem przejazdem i bardzo krótko. Aż do teraz temat Sherlocka i jego domu wydaje się - nie istnieje. Gdy więc obaj chłopcy mogą wybrać po jednym miejscu, które chcieliby zobaczyć – i Bartek bez zastanowienia woła – firmowy sklep DrMartensa! – nie jestem zdziwiona, gdy jednak Krzyś zaraz po nim woła – dom Sherlocka Holmesa! – to, zdziwiona jestem więcej niż bardzo… Oczywiście na Baker Street idziemy wszyscy. Krzyś jest bardzo zadowolony. Pierwszy wypatrzył nieduży napis oznaczający muzeum Holmesa, a raczej jak przypuszczam, charakterystyczny profil Holmesa w czapce z daszkiem i fajką w zębach. Wchodzimy do środka. Na parterze kupujemy bilety (Krzyś wytrzymuje to dzielnie, bo jak dla niego za dużo ludzi wokół ogląda pamiątki). Idziemy na górę po dość wąskich, charakterystycznych dla dziewiętnastowiecznych kamienic, schodach. W salonie Sherlocka grupa wycieczkowa, nieduża, ale i tak uniemożliwia to wejście do środka z Krzysiem. Zwiedzamy więc pomieszczenia boczne. W nich ustawione figury woskowe przedstawiające postaci z poszczególnych opowiadań. Zwiedzamy pokoje (pokoiki raczej..) na pierwszym piętrze, potem drugim. Gdy schodzimy na dół, salon Sherlocka już pusty. Wchodzimy. – Zobacz Krzysiu, kto tu siedzi, to dr Watson – żartuję, i od razu widząc minę Krzysia uświadamiam sobie błąd, trzeba było powiedzieć, że to ktoś przebrany za dr Watsona…, ale już za późno. „Dr Watson” przyjaźnie macha do Krzysia ręką i coś mówi, nie dosłyszałam, co . Nie wiem czy Krzyś to zrozumiał – a rozumiał wtedy już dość dobrze po angielsku – w każdym razie wyciągnął przed siebie rękę jakby w obronnym geście i odpowiedział mu (po polsku, tak jak odpowiada swojemu angielskojęzycznemu wujkowi, gdy ten mówi do niego po angielsku) – o nie, nie, dziękuję bardzo – TY NAWET NIE JESTEŚ UMARŁY! – wykrzykuje nagle - TY PO PROSTU NIE ISTNIEJESZ! wymyślono cię i tyle ! – dodaje już ciszej i wychodzi szybko do drugiego pokoju, gdzie staje wśród figur woskowych z wyraźnym westchnieniem ulgi. Te, i sposób ich istnienia przynajmniej nie budzą zastrzeżeń… Ta scena miała miejsce latem zeszłego roku. Aż do tej jesieni nie sposób było przy nim wspomnieć o Holmesie. We wrześniu, gdy kupowaliśmy podręczniki do szkoły, trafił na serię kilku książek o Sherlocku. Poprosił o nie. Kupiłam. (chociaż mam te opowiadania w domu i wielokrotnie dawniej próbowałam pokazać je Krzysiowi). W tej chwili kończymy już trzecią z nich. Opowieści o Sherlocku Holmesie to chyba najtrudniejsza z dotychczasowych lektura dla mnie. Narracja prowadzona przez dr Watsona, ma bardzo nieciągły charakter, dialogi nie są prawie wcale opisane, cały czas też muszę dopowiadać nastawienie postaci do wypowiadanych przez nie kwestii, by wypowiedzi ich były zrozumiałe dla Krzysia. A Krzyś z ogromnym, niespotykanym wcześniej zaangażowaniem komentuje prawie każdy ruch Holmesa i Watsona i… jest zachwycony tą lekturą. – Kiedyś też zostanę detektywem – postanawia w którymś momencie – Świetnie –mówię – a na razie chodź, napiszemy o tym historię.. – Nie, o tym nie możemy napisać, - odpowiada Krzyś po chwili - to będzie naprawdę…
Powrót do listy kategorii | |
| Copyright 2002-2003 akson.org. Wszelkie prawa zastrzeżone. |